Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roda de Choro de Lisboa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roda de Choro de Lisboa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 marca 2012

Chorinho na polskiej ziemi

Chorinho na razie pozostaje w Polsce gatunkiem muzycznym w zasadzie wciąż jeszcze nieznanym. Na swój malarski warsztat wzięła go Agnieszka Przełomiec, prezentując jakiś czas temu w Cafe Młynek w Olsztynie, obrazy przedstawiające członków zespołu Roda de Choro de Lisboa.

Zapraszam do odwiedzenia wirtualnej mini-wystawy Agnieszki na Luzomanii, jak również i do przeczytania tekstu Jej autorstwa, poświęconego pierwszemu spotkaniu z Lizboną by night ... Może kiedyś da się namówić do opisania swoich spotkań z chorinho. Na razie polecam mój krótki tekst na ten temat, do przeczytania tutaj.

Autorka prac, Agnieszka Przełomiec na wernisażu swojej wystawy w galerii "Młynek" w Olsztynie


          Odkrywanie Lizbony
             (tekst: Agnieszka Przełomiec)


       " Za dwa dni przyjeżdża mój syn Michał. Chcę mu pokazać Lizbonę, ale nie od strony turysty, tylko mieszkańca. Wypytuję znajomych o odpowiedniego przewodnika. Zadzwoń do Mariolki, ona z tutejszych Polaków zna Lizbonę najlepiej. Tak też i robię. Rozmawiamy jakbyśmy znały się co najmniej od 10ciu lat.
Dwa dni później siedzimy z Michałem w kolejce podmiejskiej, umówiliśmy się na 21.30, ale spóźniamy się o pół godziny. O tej porze na stacji Cais do Sodre jest dosyć tłoczno, mimo to bez trudu rozpoznajemy uśmiechniętą buzię Mariolki, witamy się serdecznie i ustalamy plan dzisiejszego wieczoru. Idziemy do Alfamy, najpierw w zaprzyjaźnionej restauracyjce posłuchamy fado, a potem odwiedzimy Tejo Bar.
Jest to miejsce gdzie zbierają się artyści, studenci z całego świata i przyjaciele artystów i studentów. Właściciele Tejo Baru to para Brazylijczyków, ona jest malarką, on pisarzem, w barze pojawiają się na zmianę. Cała zabawa rozpoczyna się ok. godz. 23.00 i często kończy nad ranem. Ze stacji to spory kawał drogi, ale kto by chciał jechać autobusem.

Po jakichś 20 minutach dochodzimy do Museu do Fado, stamtąd kawałek w lewo i jesteśmy na początku Alfamy. Teraz krętymi uliczkami trochę w górę, trochę prosto i oczom naszym ukazują się całkiem spore wrota. Prawie nie zauważamy staruszka wyłaniającego się z ciemności. Mariolka pyta o coś po portugalsku, a on coś po portugalsku odpowiada. Oboje z Michałem kiwamy głowami i uśmiechamy się ze zrozumieniem. Okazuje się,że fado zaczyna się o 23, mamy więc trochę czasu żeby się powłóczyć.
Po usłyszeniu dokładniejszej historii Tejo Bar, wracamy na miejsce i wygodnie rozsiadamy się przy stole. Po pewnym czasie kelner przynosi butelkę czerwonego wina i talerz z miejscowymi serami. Obok nas siedzi dwóch gitarzystów strojących gitary. Jeden z nich zaskakuje mnie swoją urodą. Jest dosyć wysoki jak na Portugalczyka,ma jasną skórę i zielone oczy. Po krótkiej rozmowie okazuje się że z pochodzenia jest Łotyszem o imieniu Edwardas, a jego dziadek wyemigrował do Portugalii w czasie II Wojny Światowej.

Nagle światło przycicha i chłopak, który przed chwilą podawał do stołu zaczyna śpiewać fado. Milkniemy i choć nie rozumiemy portugalskiego, wiemy o czym śpiewa, bo fado to pieśń o tęsknocie. Tęsknocie do szczęścia, miłości, do bogactwa, do ukochanej i do ojczyzny. Kontem oka zauważam wychodzącą z kuchni kucharkę, która ściąga fartuch, zarzuca na ramiona szal i teraz ona jest królową fado, głos już nie młody, trochę zachrypnięty ale jakże przejmujący. Może to ona stojąc nad brzegiem Tagu wypatrywała wracającego z połowów ukochanego, a może jako młoda dziewczyna pracowała w porcie niekoniecznie jako pomoc kuchenna...
Kończąc kolejną pieśń podchodzi do naszego stołu. Michał całuje ją w rękę,a ona z rozbawieniem czochra go po głowie.

Już prawie dwunasta, zbieramy się z ociąganiem i żegnamy z fadistami, dziękując za wspaniały występ. Gdy docieramy do Tejo Bar, jest tam już kilka osób.  Mariolka każe nam zajmować najlepsze miejsca, mówiąc że za godzinę nie będzie gdzie włożyć szpilki. Bar powoli zapełnia się przeróżnymi  postaciami z całego świata - są tutaj Portugalczycy,Brazylijczycy, Hiszpanie, Niemcy i Bóg jeden wie kto jeszcze. Mariolka wita się z kilkoma osobami, miedzy innymi z Sergio, który nieustannie krąży wokół naszego stołu.
Wreszcie przychodzi długo oczekiwany Mucio, brazylijski przyjaciel Mariolki i zaczyna grać na gitarze. Mucio jest muzykiem, komponuje i prowadzi warsztaty z młodzieżą. W pewnym momencie zwraca się do mnie pytając po polsku...gdzie jest poczta...gdy spoglądam na niego oniemiała, odpowiada śmiejąc się ...czerwony budynek.... 
Mucio przygrywa Mariolce do piosenki "jestem sobie czyliczanka, mam sukienkę po kolanka". Teraz przyszła kolej na nas, jesteśmy przerażeni, nie wiemy co śpiewać, nerwowo szukamy w pamięci słów jakichś współczesnych polskich piosenek, wreszcie śpiewamy "Tam na górze jawor stoi" i "Wojenko wojenko".

Pomieszczenie jest tak zatłoczone, że ciężko przedostać się do baru, na szczęście obsługuje nas Sergio, który jak się później okazuje, jest tutaj zatrudniony. Michał siedzi obok mnie i rozgrywa partię szachów z jakimś mulatem. Nagle z głębi sali dobywają się dźwięki Mazurka Dąbrowskiego, cała nasza trójka staje na baczność i odśpiewuje hymn z należnym mu szacunkiem i honorem. Sprawcą wątku patriotycznego okazał się Mucio, który z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku położył mi głowę na kolanach, każąc się czochrać po swojej bujnej czuprynie i masować plecy.

Rozglądam się w poszukiwaniu syna, jest pochłonięty rozmową z jakimiś dziewczynami. Nie wytrzymuję i wydostaję się na zewnątrz żeby zadzwonić do przyjaciółki z Polski. Anka, co tu się dzieje, takiej Lizbony nie znałaś! Nagle ktoś wyrywa mi telefon - to Sergio. 
Nie zauważyłam jak za mną wychodził, po krótkiej rozmowie z Anką oddaje mi komórkę. Słyszę rozbawiony głos przyjaciółki, ten facet mówi wszystkimi językami świata ale zrozumiałam, że Cię kocha. Teraz Sergio nie odstępuje mnie na krok, wracamy do środka, gdzie Mane (właściciel) rozdaje wszystkim kartki ze słowami piosenki Lili Marlen. Ja wybieram w języku rosyjskim, ktoś inny bierze hiszpański ,jeszcze ktoś francuski i tak zaczyna się wspólne śpiewanie. Potem Mane czyta wiersze jakiegoś brazylijskiego poety.

Za oknem jest już jasno, powoli zbieramy się do wyjścia,za pół godziny wyrusza pierwsza kolejka podmiejska. Próba sprzedania mnie przez Michała za 100 wielbłądów nie powiodła się, mimo to Sergio odprowadza nas na dworzec. Zmęczeni i szczęśliwi padamy na siedzenia, nie rozmawiamy, nie musimy, uśmiechamy się tylko do siebie. Zaraz będzie przystanek Mariolki, my wysiadamy na końcu."







środa, 7 grudnia 2011

Niezwykła Alfama - Łuk Jezusa i Cebulowe Pole

Porządkowałem właśnie swoje fotografie z Lizbony. Po raz kolejny powróciłem myślami do miejsca, zmieniającego się niczym dr Jekyll i pan Hyde. W ciągu dnia obskurne, zaniedbane, z odpadającym tynkiem, w nocy przeistacza się w tajemniczą piękność, przyciągającą do siebie niczym światło przysłowiową ćmę.

Mówię o miejscu, w którego okolicy króluje obecnie niepodzielnie muzyka (o tym fakcie jednak za chwilę). Arco de Jesus, czyli Łuk Jezusa, położony jest na obrzeżach Alfamy. Całkiem niewykluczone Drogi czytelniku, że i Ty, spacerując po Lizbonie, nie raz korzystałeś z tego przejścia.
Pomimo iż od dawna czułem do tego miejsca specjalny sentyment, dopiero od niedawna poznałem jego historię.
Warto bowiem wiedzieć, wychodząc stąd z labiryntu uliczek Alfamy, iż setki lat przed nami, wchodzili przez niego również inni mieszkańcy Lizbony, wtedy zwanej al-Lixbuna. Mówię oczywiście o muzułmańskich Berberach, zwanych potocznie Maurami. Osiedlili się oni na terenie nieomal całego Półwyspu Iberyjskiego na początku VIII w.
Dzisiejsze Arco de Jesus było wtedy jedną z kilkunastu bram w murach obronnych otaczających ówczesną mauretańską Lizbonę. Można sobie łatwo wyobrazić, że zanim została sforsowana przez wojska pierwszego portugalskiego króla, Alfonsa Henryka, musiało w jej obronie polec wielu ludzi po obu stronach tego muru...
Warto tutaj dodać, iż oblężenie Lizbony trwało od 1 lipca do 25 października 1147 r. i gdyby nie pomoc wojsk krzyżowców, podążających na tzw. drugą wojnę krzyżową (1147-1149 r.) nie wiadomo, jakby się potoczyła historia Lizbony. Krzyżowcy oprócz sporych łupów, wynieśli zapewne satysfakcję z udanej akcji zbrojnej, czego (tak na marginesie) niestety nie mogli powiedzieć o całej wyprawie krzyżowej, zakończonej kompletną klapą.




foto: Janusz St. Andrasz






















Powróćmy jednak do naszego Łuku Jezusa i jego okolic. To jedyna z kilkunastu bram, jakie posiadała otoczona murem średniowieczna Lizbona. Zarówno jej architektura, jak i nazwa na przestrzeni wieków, zmieniała się. Nazywana była np. Bramą Morza czy Furtą Hrabiego Linhares. Ostatecznie w XVII w. przyjęła nazwę Łuku Jezusa, zapewne od umieszczonego nad nią panelu przedstawiającego Dzieciątko Jezus.

Cała Alfama również przechodziła różne koleje losu. Po zdobyciu jej przez połączone siły Portugalczyków i krzyżowców, stała się siedzibą króla (który zainstalował się na Zamku, ochrzczonym potem mianem św. Jerzego) i portugalskiej arystokracji. Stąd właśnie oprócz plątaniny wąskich uliczek można tutaj odnaleźć, zaniedbane zazwyczaj ale istniejące do dzisiaj (szczęśliwy kraj, który omijany jest od stuleci przez wielkie światowe zawieruchy...) rezydencje portugalskich magnatów.
Do samego Arco de Jesus przylega Pałac Hrabiów Coculim, obecnie opuszczony, służący niegdyś za zbrojownię potężnej rodziny Mascarenhas. Do dziś na rogu zrujnowanego budynku widnieje herb tej zasłużonej dla kraju rodziny.

foto: Gastão de Brito e Silva




Kilkadziesiąt metrów dalej, znajduje się Dom Hrabiów Linhares.
W domu tym pod koniec swojego życia mieszkał, korzystając z gościnności gospodarzy, twórca narodowej epopei, Luís Vaz de Camões (ok. 1524-1580 r.). Obecnie mieści się tu jedna z najbardziej ekskluzywnych restauracji fado w Lizbonie.
Inna z nich, Clube de Fado położona jest przy Rua São João da Praça, nieomalże dokładnie naprzeciw schodów, którymi wychodzi się pod Arco de Jesus w kierunku pobliskiego Campo das Cebolas (Cebulowe Pole).
Przy nich usadowił się inny muzyczny klub, znany wszystkim miłośnikom jazzu w Lizbonie- Onda Jazz. W tym byłym składzie kawy, Francuz Thierry Riou wraz ze wspólnikami wyczarował niezwykłą klubo-restaurację.
Do niedawna w pobliskim Clube Lusitano dawała klimatyczne koncerty grupa Roda de Choro de Lisboa Obecnie koncertują w Casa de Lafões w sąsiedniej dzielnicy- Baixa.

Muzyka to specjalność dzisiejszej Alfamy, a z czego słynęła kiedyś? Z doskonałej wody, którą dostarczała sporej części całej Lizbony!
W zasadzie o tym fakcie podpowiada nam już sama nazwa Alfamy, wywodząca się z arabskiego słowa al-hamma, czyli gorące źródło, łaźnia.
W czasach, kiedy miasto nie miało jeszcze sieci wodno-kanalizacyjnej, tzn. do momentu wybudowania lizbońskiego akweduktu w roku 1748, wodę czerpało się z publicznych ujęć wody. Źródła krystalicznie czystej, mineralnej nawet wody, występowały w kilku miejscach na Alfamie. Wodę o temperaturze niekiedy nawet 30 st.Celsjusza, wykorzystywano także do zasilania nią publicznych łaźni.

Do dzisiejszych czasów zachowało się tylko jedno z takich ujęć wody - kilkaset metrów od Campo das Cebolas. Budynek przy Rua dos Cais de Santarém, w który wmontowane są trzy z istniejących tu niegdyś sześciu kranów, zwraca uwagę przechodniów urodą swojej architektury.


Okolice Chafariz D'El Rei kiedyś i obecnie


W tym miejscu znajdowała się fotografia.
Ze względu na zgłoszone przez blogger.com zastrzeżenie odnośnie tego posta oraz czasowe jego zablokowanie (bez podania uzasadnienia, czy chodzi o tekst, czy też zamieszczone zdjęcia), byłem zmuszony usunąć z bloga niektóre zdjęcia, mimo iż było podane źródło, z którego je zaczerpnąłem. Oświadczam, że pozostałe zdjęcia są mojego autorstwa, bądź mam zgodę na ich umieszczenie od ich autora, bądź pochodzą z ogólnodostępnej strony hotelu, do którego strony internetowej podałem stosowny link i który dzięki mojemu postowi uzyskał bezpłatną reklamę.
Ponieważ blogger.com nie odpowiedział na moje dwa maile z prośbą o poinformowanie mnie, czego dotyczą ich zastrzeżenia, uważam iż w obecnym stanie, post będący mojego autorstwa, może zostać ponownie opublikowany.







Z miejscem tym związana jest ciekawa opowieść. Pomimo iż tego typu publicznych ujęć wody było w całej Lizbonie więcej, zawsze miały miejsce wokół nich bójki i kłótnie chętnych do nabrania zapasu wody. Ustawowo więc przypisano różne stany do sześciu różnych ujęć wody: z pierwszego wodę mogli czerpać jedynie mężczyźni: Mulaci, Murzyni i Hindusi (pamiętajmy, iż Portugalia posiadała w owym czasie olbrzymie kolonie i Lizbona była w pełnym tego słowa międzynarodowym miastem), z drugiego jedynie mężczyźni pływający na galerach, z trzeciego i czwartego Murzynki, Mulatki i Hinduski, zaś z piątego i szóstego białe kobiety i dziewczęta.

Jeśli dobrze się przyjrzymy ścianie, z której wychodzą ostałe się ujęcia wody, zobaczymy medaliony przedstawiające załadunek królewskich karawel we wodę. Koryto rzeki Tag znajdowało się bowiem pierwotnie nieco bliżej obecnego Placu Św. Rafaela , przy którym położone są Źródła Króla (Chfariz D'El Rei), jak nazywano to ujęcie wody.

W tym miejscu znajdowała się fotografia.
Ze względu na zgłoszone przez blogger.com zastrzeżenie odnośnie tego posta oraz czasowe jego zablokowanie (bez podania uzasadnienia, czy chodzi o tekst, czy też zamieszczone zdjęcia), byłem zmuszony usunąć z bloga niektóre zdjęcia, mimo iż było podane źródło, z którego je zaczerpnąłem. Oświadczam, że pozostałe zdjęcia są mojego autorstwa, bądź mam zgodę na ich umieszczenie od ich autora, bądź pochodzą z ogólnodostępnej strony hotelu, do którego strony internetowej podałem stosowny link i który dzięki mojemu postowi uzyskał bezpłatną reklamę.
Ponieważ blogger.com nie odpowiedział na moje dwa maile z prośbą o poinformowanie mnie, czego dotyczą ich zastrzeżenia, uważam iż w obecnym stanie, post będący mojego autorstwa, może zostać ponownie opublikowany.




Budynek nad Źródłami Króla to eklektyczny pałacyk, zwany Palacete Chafariz D'El Rei. Niedawno, po gruntownym remoncie, otwarty w nim został butikowy hotel, z sześcioma eleganckimi apartamentami, który wzbogacił ofertę nietypowych hoteli w centrum Lizbony.


W tym miejscu znajdowała się fotografia.
Ze względu na zgłoszone przez blogger.com zastrzeżenie odnośnie tego posta oraz czasowe jego zablokowanie (bez podania uzasadnienia, czy chodzi o tekst, czy też zamieszczone zdjęcia), byłem zmuszony usunąć z bloga niektóre zdjęcia, mimo iż było podane źródło, z którego je zaczerpnąłem. Oświadczam, że pozostałe zdjęcia są mojego autorstwa, bądź mam zgodę na ich umieszczenie od ich autora, bądź pochodzą z ogólnodostępnej strony hotelu, do którego strony internetowej podałem stosowny link i który dzięki mojemu postowi uzyskał bezpłatną reklamę.
Ponieważ blogger.com nie odpowiedział na moje dwa maile z prośbą o poinformowanie mnie, czego dotyczą ich zastrzeżenia, uważam iż w obecnym stanie, post będący mojego autorstwa, może zostać ponownie opublikowany.