wtorek, 21 grudnia 2010

Słodkiego Bożego Narodzenia

Jeśli ktoś potrafi sobie wyobrazić Boże Narodzenie bez śniegu, bądź nawet więcej- marzy o świętach bez białego puchu (mającego do siebie to, że zamienia się prędzej czy później w brudną breję), powinien zajrzeć do kraju, w którym śnieg jest wciąż jeszcze towarem deficytowym...

Portugalia z pewnością nie posiada tak silnych jak Polska czy inne kraje w tzw. Europie Północnej tradycji związanych z bożonarodzeniowymi świętami, warto jednak przyjechać tutaj również i w tym szczególnym czasie. Przy odrobinie szczęścia będzie można trafić na słoneczną pogodę z zimową, jak na portugalskie warunki temperaturą, czyli jakieś 10 -15 stopni... na plus oczywiście!

W ostatnich latach Portugalczyk mówiąc o tym święcie, myśli głównie o Bożonarodzeniowym Mieście (Vila Natal), którym obwołane zostało miasteczko Óbidos.




W swoim przewodniku "Lizbona i Środkowa Portugalia" przyrównałem je do torciku ozdobionego wisienkami. Rzeczywiście jest coś smakowitego w tej niewielkiej, położonej ok. 80 km na północ od Lizbony średniowiecznej miejscowości.
Wąskie, urokliwe uliczki, centrum okolone ogromnym murem obronnym.
O Óbidos mówiło się, iż było przechodnim prezentem ślubnym kolejnych portugalskich monarchów dla swoich małżonek. W tutejszej świątyni pod wezwaniem Świętej Marii w roku 1444 zawarli ślub 10 - letni portugalski królewicz, późniejszy król Alfons V i hiszpańska infantka Izabela - zaledwie 8 - letnia dziewczynka. W tym samym kościele podziwiać można ołtarz dedykowany świętej Katarzynie, ozdobiony pięcioma obrazami niezwykłej artystki, zwanej Józefą z Óbidos.



"Narodzenie", Josefa de Óbidos


Józefa, pół-Portugalka, pół-Hiszpanka, była jedną z nielicznych kobiet - malarek w dobie baroku. Postać sama w sobie warta szerszego zainteresowania, jednak nie mieści się ona w temacie mojego dzisiejszego blogowego opowiadania..






Zanim powrócimy do głównego tematu, czyli Świąt Bożego Narodzenia, muszę wspomnieć o innej przesympatycznej imprezie, mającej miejsce w Óbidos. Jest nią Międzynarodowy Festiwal Czekolady. Już z samej nazwy brzmi to zachęcająco, prawda?
Obszerny opis jednej z edycji, pióra Wiesława Karlińskiego, można przeczytać tutaj.
Ja tylko dodam iż w tym słodkim festiwalu biorą również udział Polacy: Elżbieta Hołowacz czy małżeństwo Defee. Ci ostatni uczestniczyli w czekoladowym konkursie kilkakrotnie, zdobywając nagrody i wyróżnienia.



Jak co roku, od końca listopada do pierwszych dni stycznia, Óbidos zamienia się w bożonarodzeniową stolicę Portugalii. Władze miasteczka z pomocą instytucji promujących turystykę i pod patronatem państwowej telewizji, organizują wielką świąteczną fetę.
Jest to wielka frajda nie tylko dla dzieci ale również i dla dorosłych. Tutaj można podpatrzeć, co ciekawego działo się na poprzednich edycjach tego wielkiego świątecznego festynu:



Oprócz wyrabianej tutaj słynnej wiśniowej nalewki z wiśni, zwanej Gininja, podawanej często w jadalnych, czekoladowych kieliszkach (pomysł do skopiowania dla naszego przemysłu cukierniczego) królują na tym festynie słodkości.


Znając upodobanie mieszkańców Portugalii do wszystkiego co słodkie, nie dziwi raczej fakt iż to właśnie słodkości wszelkiej maści grają pierwsze skrzypce na portugalskich świątecznych stołach.
Królową ciast w tym okresie jest niewątpliwie bolo rei. Jego nazwa ("ciasto króla"), wzięła się prawdopodobnie z faktu, iż pojawia się ono na stołach od 25 grudnia do 6 stycznia, czyli dnia Trzech Króli. Na królewskość ciasta wskazuje także "korona" wykonana z suchych i karmelizowanych owoców.
W cieście ukryte jest również nasionko bobu. Tradycja nakazuje, iż osoba, która je w cieście znajdzie, powinna zakupić ciasto w następnym roku a sama zostaje ciastkowym królem... Wcześniej tradycja wyglądała nieco inaczej- poszukiwano w nim małego prezentu-niespodzianki, jednak Unia Europejska w imię higieny i dbałości o całość uzębienia Portugalczyków, zakazała tego "procederu".

Przyznać się muszę, że portugalskie wypieki, oprócz kilku wyjątków nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Są zbyt słodkie lub... zbyt tłuste. Przykładem na to ostatnie są np. Sonhos czyli marzenia. Niestety nie mają one w sobie nic z lekkości. Smażone są na głębokim tłuszczu i posypywane obficie cukrem-pudrem i cynamonem.
Dla tych, którzy chcieliby jednak spróbować tej portugalskiej specjalności, proponuję przypatrzyć się, jak robi je portugalski mistrz cukiernictwa:



A oto składniki potrzebne do wykonania tego tłustego "marzenia":
100g czekolady
50ml śmietany
180g cukru
180g mąki
6 jaj
1 cytryna
300mlwody
sól (szczypta)
olej do frytowania
mięta do dekoracji
cukier puder


W tej samej "rodzinie" ciast mieszczą się inne podobne do naszych faworków wypieki czy raczej "wysmażki"- coscorões:



Jeśli jeszcze nie macie dość, to proszę bardzo- fatias douradas, francuskie tosty po portugalsku (czyli z cynamonem):



http://www.theworldwidegourmet.com/recipes/rabanadas-portuguese-christmas/

Odchodząc nieco od tematyki bożonarodzeniowej ale pozostając przy portugalskich słodkościach, warto zatrzymać się na chwilę w miejscowości Alcobaça. To stare, cysterskie opactwo znane jest przede wszystkim jako miejsce pochówku najsłynniejszej portugalskiej pary kochanków- Pedro i Inês.

Inną atrakcją, znaną od wieków przybywającym do klasztoru podróżnikom, była zakonna gościnność a także, mające raczej mało wspólnego z zakonną zasadą ubóstwa, umiłowanie do wyszukanych potraw i trunków. Nawet czołowy ekscentryk swoich czasów, angielski pisarz William Beckford (1760-1844), nie potrafił ukryć zdumienia tym, czego doświadczył podczas swojej wizyty w tym klasztorze, pisząc w pamiętniku, iż życie tutaj to nieustający korowód "ciągłego obżarstwa (...), oparów trunku i kadzidła (...), tłustych włóczących się mnichów i wymuskanych braci zakonnych o rozpustnych spojrzeniach(...)."
Ciekawy opis, prawda?

Mnichów nie ma w klasztorze od roku 1834, kiedy to nastąpiła kasacjach wszystkich zakonów w całej Portugalii. Powraca się jednak do tradycji zakonnych specjałów, urządzając raz do roku pokaz klasztornych smakołyków - Mostra de Doces Conventuais.

Jeśli chodzi o mnie, to urzekają mnie przede wszystkim swoimi wdzięcznymi nazwami: papos-de-anjo (brzuszki aniołka), beijos-de-frade (zakonne buziaczki), orelhas-de-abade (uszy opata), barrigas-de-freira (brzuszki zakonnicy) czy choćby moje ulubione baba de camelo (ślina wielbąda) :)

Głównymi składnikami większości z tych "zakonnych" słodkości są cukier i jajka a w zasadzie to żółtka. Bardzo dużo jednego i drugiego. Zresztą spójrzcie sami:



Przepisy na te słodkości o przedziwnych nieraz nazwach, powstawały przeważnie w żeńskich klasztorach. Motywem do ich wymyślania była w zasadzie nuda, na jaką cierpiały zamknięte tam niekoniecznie z własnej woli panny z bogatych domów. Dwa główne składniki - jaja i cukier - klasztory dostawały jako tradycyjne "co łaska" za odprawiane modły w zamawianych prywatnych intencjach. Napływające od XVI w. szerokim strumieniem z Nowego Świata korzenne przyprawy zachęcały do wymyślania coraz to nowych przepisów na osładzanie sobie klasztornej monotonii.

Mnisi z Alcobaçy dysponowali nie tylko produktami rolnymi z ziem, które były ich własnością oraz drogimi przyprawami, składanymi im w podzięce za modły. Wszystkie te wymyślne potrawy spożywali w przepięknym refektarzu a przyrządzali je w kuchni gigantycznych wprost rozmiarów. Dość powiedzieć, iż przez jej środek przepływał w specjalnie dla niego zbudowanym kamiennym korycie strumień, który dostarczał im świeżej wody i ryb!
Zbudowany w tym pomieszczeniu kominek wysoki jest na 25 m! Przy kamiennych stołach mogło zasiąść na raz nawet kilkuset mnichów. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż w czasach swojej świetności rezydowało tu podobno 999 pobożnych braciszków, wznoszących modły 24 godzinę na dobę.



Na jednej ze ścian refektarza znajdują się bardzo wąskie drzwi. Legenda mówi, iż ci mnisi, którzy nie potrafili się przez nie przecisnąć, kierowani byli na przymusową dietę. Bardziej jednak zgodny z prawdą wydaje się fakt, iż otwór ten służył raczej do wydawania pożywienia okolicznym ubogim mieszkańcom.
W każdej legendzie tkwi jednak jakieś ziarenko prawdy. Przywołany przeze mnie już raz William Beckford, zapisał przecież w swoich wspomnieniach, że "Alcobaça to "największa świątynia otyłości w całej Europie" !





Ostatni rzut oka na klasztor:



Zdaję sobie sprawę z tego, iż mówiąc o typowych daniach podawanych podczas portugalskiej Wigilii czyli Consoada, nie wspomniałem o innych, ważnych potrawach, takich jak np. gotowane bacalhau, ciecierzyca, pieczona koźlęcina czy faszerowany indyk. Wszystkie te potrawy występują z różnym natężeniem w zależności od regionu w całej Portugalii.

Życzę wszystkim Szczęśliwych (i oczywiście słodkich!) Świąt Bożego Narodzenia, czyli Bom Natal!

czwartek, 9 grudnia 2010

Podróżą do Lizbony

Chciałem zachęcić wszystkich do zajrzenia do grudniowego wydania Podróży. Oprócz wielu, jak zwykle ciekawych artykułów, można w nich znaleźć również mój opis kilku interesujących miejsc w mieście nad Tagiem :)

Ten mały artykuł nosi tytuł "Lizbona. Siesta w środku zimy". Chciałem Was przekonać, że Lizbona jest dobra na wszystko i ... na każdą porę roku!

Życzę przyjemnej lektury.

Janusz

piątek, 26 listopada 2010

Portugalskie opowiastki

Karmelici- historia Portugalii w pigułce, czyli o rycerzu, który został świętym.


Zwiedzając Lizbonę, trudno nie zauważyć górujących nad nią malowniczych ruin kościoła karmelitańskiego. Ten niegdyś podobno najpiękniejszy i najbogatszy kościół Lizbony, zburzony został, podobnie jak większość miasta, przez trzęsienie ziemi w 1755 r.
W odróżnieniu od innych budowli, nie został jednak odbudowany. Na jego miejscu nie postawiono także innych zabudowań. Postanowiono, iż ruiny pozostaną widocznym świadectwem największej tragedii w dziejach tego miasta.

Historia tego miejsca związana jest nierozerwalnie z osobą jego fundatora, Nuno Álvares Pereiry.























Był on jednym z przyjaciół przyszłego króla, Jana Dobrego, któremu pomógł w dojściu do tronu. Klasztor i kościół karmelitów został zbudowany w podzięce za wygraną bitwę pod Aljubarrotą (1385 r.), w której to połączone siły portugalsko - angielskie rozbiły wojska Kastylijczyków, roszczące sobie pretensje do portugalskiego tronu.

Król Jan był założycielem nowej dynastii Avis, panującej w Portugalii przez następne 200 lat. Jego wierny sługa Nuno, kilkanaście ostatnich lat swojego życia spędził w ufundowanym przez siebie klasztorze. Wstąpił do zakonu, gdzie znany był jako brat Nuno od Najświętszej Marii. Wyróżniał się podobno bogobojnym życiem, pomagając biednym, chorym a zwłaszcza dzieciom. W roku 2009 został nawet kanonizowany.
Zanim poświęcił się jednak służbie bożej, zdążył spłodzić córkę, której jeden z potomków został założycielem ostatniej portugalskiej dynastii królewskiej, Braganza...




Hiszpański zabójca na lizbońskim Akwedukcie

Niewątpliwie jedna z solidniejszych budowli w Lizbonie. Przetrwała nawet potworne trzęsienie ziemi w 1755 r. Ma 18 km długości, 109 łuków, z czego 35 wysokich na 65 m i szerokich na 28 m.
Lizboński akwedukt dostarczał wodę Lizbonie nieprzerwanie od 1748 do 1967 r. Jako budowla o największych kamiennych łukach, znalazł nawet swoje miejsce w Księdze Rekordów Guinessa.

Z Akweduktem związana jest również mroczna historia, nadająca się na kolejny odcinek przygód Sherlocka Holmesa. Akwedukt od zawsze wykorzystywany był również jako ciąg spacerowy. W XVIII w dwór królewski przemieszczał się tędy z pałacu w Queluz do pałacu w Mafrze. Również mieszkańcy Lizbony skracali sobie drogę, wybierając przejście prostym „traktem akweduktowym”, zamiast wdrapywać się na kolejne lizbońskie wzgórza.

W pierwszej połowie XIX w. Nastąpiła jednak dziwna eskalacja zgonów w pobliżu Akweduktu. Początkowo składano ją na karb samobójców, szukających efektownego miejsca na rozstanie się z życiem. Kiedy jednak w roku 1837 odnotowano 37 takich przypadków, policja wzięła się ostro do roboty i odkryła, iż powodem tych masowych śmierci jest morderca – rabuś.
Mieszkający w Lizbonie Hiszpan, Diogo Alves, wszedł w posiadanie kluczy, którymi na noc zamykano przejście przez Akwedukt. Rabował przechodniów a ich ciała zrzucał z najwyższych łuków Akweduktu, pozorując samobójstwo.
Został on w roku 1841 pojmany, osądzony i stracony. Odciętą głowę naukowcy zabrali celem badań medycznych, mających wyjaśnić przyczynę popełnienia przez Hiszpana takiej ilości zbrodni. Podobno do dziś, zakonserwowana w formalinie, znajduje się w zbiorach Muzeum Medycyny w Lizbonie..


Warto obejrzeć - reportaże o lizbońskim akwedukcie i systemie podziemnych korytarzy wchodzących w skład dawnych miejskich wodociągów (w j. portugalskim, jednak obrazy mówią same za siebie)

Aqueduto das Águas Livres



Reservatorio da Patriarcal



Jedną ze składowych części tego skomplikowanego systemu korytarzy i pomieszczeń jest tzw. Chafariz do Vinho, w którym to obecnie mieści się jedna z najbardziej znanych lizbońskich winotek.
Przeczytajcie, co o niej pisze The New York Times



Lizbońska apokalipsa

1 listopada 1755 roku.
Dzień był słoneczny, bez chmur na niebie. Wszędzie zapalano świece i oliwne kaganki, jak zwykle czcząc w ten sposób dzień Wszystkich Świętych. Kościoły pękały w szwach- wszak rozpoczynał się się 40 dniowy okres odpustów.
O 9.40 następuje pierwszy potężny wstrząs, zaraz po nim przychodzi kilka następny, równie silnych. Domy zaczynają się zapadać a w centrum Lizbony powstają w ziemi rozstępy szerokie nawet do 5 m.
W sumie trzęsienie trwało około 8 i pół minuty, powodując niewyobrażalną katastrofę. Lizbona leży w gruzach, a miasto ogarnia inny żywioł- ogień. W kilka sekund ruiny- w dużej mierze również drewniane, zostały pochłonięte przez morze ognia z topiącego się wosku, wypływającego z setek lizbońskich kościołów. Niebo spowite było gęstymi oparami dymu i siarki. W kościołach w ciągu kilku zaledwie minut zginęło bądź zostało uwięzionych tysiące modlących się ludzi.
Ci którzy przeżyli, kierowali się w stronę największego placu Lizbony, położonego przy rzece. Niestety tego dnia wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciwko Lizbończykom... Wody Tagu zaczęły się w pierwszej chwili cofać, aby za moment powrócić w formie tsunami. Fala o wysokości 20 metrów wtargnęła na 250m w głąb miasta niszcząc to, czego nie zburzyło trzęsienie i nie strawił ogień.
Jedynym pasującym słowem do tego co się wtedy działo jest apokalipsa.

W tym tragicznym dniu zginęło około 90 tysięcy ludzi, zniszczeniu uległa większa część Lizbony.
Ogień trawił miasto przez prawie 6 dni i nocy a dym widoczny był nawet w odległym o 60 km mieście Santarem. Świadkowie pisali iż ulicami spływały w kierunku Tagu rzeki... złota, topiącego się ze zdobień kościołów i pałaców.
Ogrom nieszczęścia wywoływał u ludzi eksplozję złych emocji, niejednokrotnie tłumionych przez całe życie. Słudzy i niewolnicy rabowali i zabijali swoich panów. Bandy złoczyńców i zabójców, zbiegów z więzień, plądrowały zrujnowane domostwa i terroryzowały tych którzy przeżyli katastrofę.



Lizbonę, jaką widzimy obecnie, zawdzięczamy w zasadzie w całości wizji królewskiego kanclerza, markiza de Pombal. Zapewne z dumą patrzy na „swoje miasto” z ogromnego pomnika, jaki został ustawiony na rondzie, noszącym oczywiście jego imię.


Święty Antoni Padewski czy Lizboński...?

Do kogo wzdychamy, kiedy zgubimy jakiś przedmiot, bądź kiedy zaginie ktoś z naszych bliskich..? Oczywiście do św. Antoniego! Padewskiego naturalnie. Wbrew pozorom, nie pochodzi on jednak z włoskiego miasta Padwy. Fernando Martim de Bulhões e Taveira Azevedo, jak można przypuszczać po przydługawym nazwisku, pochodził z szacownej ale ... portugalskiej rodziny.
W roku 1219 został kapłanem a dzięki spotkaniu ze św. Franciszkiem i swoim zdolnościom oratorskim, został mianowany głównym kaznodzieją zakonu franciszkańskiego. Cieszący się już za życia sławą świętego, po swojej śmierci został błyskawicznie kanonizowany. Ówczesny papież potrzebował na to zaledwie...jednego roku!

Pomimo iż oficjalnym patronem Lizbony jest św. Wincenty, to jednak w rzeczywistości św. Antoni na stałe zagościł w sercach Lizbończyków. Dają temu wyraz w największym lizbońskim święcie, mającym miejsce raz w roku, 12 czerwca. W noc z 12 na 13 czerwca Lizbona nie śpi. Wszyscy wychodzą na ulice i bawią się do białego rana.






Pieprzowy klasztor za 5%

13 grudnia 2007 w krużgankach klasztoru w Belém, oświetlonych jak zwykle przez przepiękne słońce, podpisany został akt kładący podwaliny pod zwierającą swoje szyki Unię Europejską.

510 lat wcześniej w leżącej nieopodal kapliczce modlił się wyruszający w podróż swego życia Vasco da Gama. Wrócił z niej opromieniony sławą człowieka, który jako pierwszy opłynął Afrykę, odnajdując morską drogę do Indii. Czyn ten przyczynił się do szybkiego rozwoju portugalskich kolonii i co za tym idzie, do bogactwa napływającego szerokim strumieniem do Portugalii.



Jego niebagatelną częścią były przychody z handlu towarem wydającym się dzisiaj rzeczą dość banalną- do kupienia w każdym sklepie spożywczym...
Chodzi oczywiście o przyprawy- pieprze, goździki, cynamon. To właśnie dzięki 5 % podatkowi nałożonemu przez ówczesnego króla, Manuela I, w dużej mierze sfinansowano ten absolutnie unikalny w skali europejskiej zabytek. Przez kilkadziesiąt lat, owe pięć procent, będące równowartością 70 kg złota, nieprzerwanie zasilało kasę budowy klasztoru zakonu Hieronimitów i jednocześnie panteonu królewskiego rodu Avis.
We jego wnętrzach, tuż obok narodowego wieszcza Portugalii Luísa de Camões, ustawiony został również imponujący pomnik wielkiego podróżnika, Vasco da Gamy.


Wirtualna wizyta w Klasztorze (zachęcam do oglądnięcia, naprawdę robi wrażenie)

czwartek, 2 września 2010

Nowa płyta Beto Betuka- Kurek na wietrze czyli Catavento


9 września ujrzy światło dzienne najnowsza płyta Beto Betuka - Catavento.


Znajdziemy na niej dwie kompozycje z muzyką Beto Betuka, zaśpiewane przez Annę Marię Jopek. Jedną z nich, piosenkę Niema już poznaliśmy. Druga z nich zatytułowana jest Rua dos Remédios. Opowiada o jedynej w swoim rodzaju alfamskiej ulicy, będącej prawdziwym remedium na skołatane dusze, zwłaszcza przybyszów z naszej, ciągle zabieganej części Europy.

Inną murowaną kandydatką na przebój, jest kompozycja wykonana
przez Dulce Pontes, divę portugalskiej sceny muzycznej i jedyną artystkę, której nagranie wspólnej płyty zaproponował sam Ennio Morricone.
Ta krótka historia o życiu, opowiedziana jest w trzech muzycznych językach: portugalskim z dźwiękami fado, kabowerdyjskim z pobrzmiewającym cavaquinho oraz gorącymi rytmami samby.

Innym, nieco ryzykownym pomysłem było połączenie Chopinowskiej kompozycji z brazylijskimi rytmami, jednak Beto Betuk w mistrzowski sposób odnalazł się w tych, wydawałoby się, dwóch zupełnie różnych
tradycjach muzycznych. Jest to jego ukłon w stronę wkładu Polski
do muzyki światowej.

Oprócz tego na płycie „Catavento” odnaleźć możemy kompozycję legendarnego brazylijskiego muzyka –Ivana Linsa, którego Beto jest serdecznym przyjacielem, a także kompozycje wykonywane przez Anę
Lains
– wschodzącą gwiazdę fado oraz brazylijską piosenkarkę Danielę
Procopio
.

Płyta ta, doskonała od strony muzycznej będzie dodatkowo opatrzona autorskimi zdjęciami i opisami innego przyjaciela Beto Betuka – Marcina Kydryńskiego.
Powstały one podczas ich wspólnych wędrówek po malowniczych zaułkach
Alfamy, arabskiej części Lizbony, oraz w Ajuda, blisko lizbońskiej
rezydencji portugalskich królów, której to kościół zwieńczony
jest wiatrakiem w postaci kurka na wietrze (w języku portugalskim
„Catavento”).
Symbolizuje on różnorodność i wrażliwość Beto Betuka na wpływy muzyki z różnych części świata, w tym również muzyki z naszego kraju.


01. Boa Nova feat. Daniela Procópio i Ivan Lins

(muzyka: Beto Betuk & Ivan Lins // słowa: Celso Viáfora)

02. Fado Morna de Cirandaia feat. Dulce Pontes

(muzyka: Beto Betuk // słowa: Dulce Pontes)

03. Niema feat. Anna Maria Jopek

(muzyka: Beto Betuk // słowa: Anna Maria Jopek )

04. Soraya Kê Xamá

(muzyka i słowa: Beto Betuk)

05. Sob o Céu de Lisboa

(muzyka i słowa: Beto Betuk)

06. Águas Livres

(Beto Betuk)

07. Embalar

(Filipe Lucas)

08. Rua dos Remédios feat. Anna Maria Jopek

(muzyka: Beto Betuk // słowa: Marcin Kydrynski)

09. Quase Haikai feat. Ana Laíns

(muzyka: Beto Betuk // słowa: Celso Viáfora)

10. O meu Catavento

(Beto Betuk)